Rajd ,,Rzeźnika”

Piękny niedzielny poranek. 48 maniaków rowerowych pojawiło się na miejscu zbiórki, żeby wspólnie pokręcić zdobywając szczyt Błatniej (917 m n.p.m). Wszyscy przyjechali z dobrym humorem i uśmiechem na twarzy. Nikt się nie spodziewał co miało stać się później.

8.15 peleton wystartował spod sklepu Tomazibike. Tempo rekreacyjne 18-20 km/h. Trasa prowadziła drogami asfaltowymi przez Bzie, Golasowice, Jarząbkowice, Bąków. W Drogomyślu mogliśmy odpocząć od samochodów i wbiliśmy na wały wzdłuż rzeki Wisły. W Górkach Wielkich odbijamy na Błatnią. Ostatni bufet. Napełniemy bidony i heja! Zaczyna się wyścig pod górkę. Dla tych co wybrali wersje light był to 4 km podjazd kończący się na szczycie. Ci co mieli lepszą formę wybrali się na extreme. I tu się zaczęło dziać.

Pierwszy pech najpierw dopadł mnie. Podekscytowana tym, że zaraz zacznie się piękny kamienisty zjazd czułam, że jakoś dziwnie się zjeżdża. No i masz! Sssnake. Powietrze ucieka. Brak zapasowej dętki oznaczał tylko jedno – powrót na Błatnią i czekiwanie na Rycerza, który mnie wybawi z opresji.. No i w ostatniej chwili na trasie pojawił się Adam! Wyciągnął apteczkę kolarza – czyli szybkoschnące łatki. Próbowaliśmy załatać dziurę, ale powietrze dalej uciekało. Pożyczył mi więc swoją zapasówkę. Szybko ogarnęliśmy problem i zaczęliśmy pościg za resztą grupy w kierunku Wapienicy Zapory.

Tam kolej na Grzesia. Mały niewinny kamyczek i bummmmmm. Grzesiu zalicza szlifa. Cały łokieć zdarty. Ale twardo znosi ten upadek. W końcu Pressing na niego działa 🙂

Wspólne zdjęcie przy zaporze no i kolejny etap – ruszmy w kierunku Szyndzielni.7 km ciągnący się podjazd każdy pokonywał swoim tempem. Pod schroniskiem było trochę czasu, więc każdy uzupełniał braki kaloryczne. Ważne też było dobre nawodnienie. Bo przy tej temperaturze trochę potów wycisnęliśmy.

Teraz już ruszamy 5 kilometrowym szlakiem do naszego punktu docelowego czyli Błatniej. I tu znowu Grzesiu w roli głównej a razem z nim Piotrek. Znowu dętka! Chłopaki sprawnie opanowali awarie i dołączyli do nas pod schroniskiem.

Podczas naszych wojaży, 5 uczestników z wersji light zażywało kąpieli słonecznej. Wzięliśmy z nich przykład i też chwile odpoczęliśmy. I tak skąpani słońcem, leżeliśmy beztrosko na łące ciesząc się chwilą, podziwiając górskie widoki. Aż ktoś przerwał tę błogą chwile. ,,No to co, pora wracać!” Nasze oczy zlinczowały śmiałka, który odważył się wypowiedzieć te słowa. No ale zbliżała się godzina 18. Do domu jeszcze 40 km. Zrobiliśmy ostatnie wpólne zdjęcie i 16 szaleńców rzuciło się w dół niczym stado rozwścieczonych bizonów.

Królem zjazdu i naszym idolem, który z prędkością pioruna wykorzystuje każdy korzeń, każdą hopkę i nie odpuszcza żadnemu kamieniowi był Darek – downhillowiec.

A ,,pechowiec” Grzesiu pognał do przodu jak szalony. Po chwili wrócił. Wyglądał jakby był po ciężkiej walce z niedźwiedziem. Haha i nie uwierzycie – znowu kapeć! Ale to nie koniec fatum nad nim. Tuż przy końcu zjazdu bumm! Wielki dzwon! Karambol z udziałem Darka, Tomka, Krystiana, Sylwka i Grzesia. Wszyscy wyszli cało z opresji ale naszemu nieszczęśnikowi koło się trochę wykrzywiło. I tak musiał zakończyć swój rajd dzwoniąc po żone. W sumie straty jakie poniósł : zdarty łokieć, 2 x załapana gupa, złamana obręcz. Na pewno ten dzień zostanie mu długo w pamięci. Nam z resztą też:) w sumie na trasie policzyliśmy 18 złapanych gum..

Gdy w końcu wszyscy już zjechali pognaliśmy ile sił w nogach do domu. Chłopaki śpiesząc się na finał euro narzucili zabójcze tempo! 32km/h a miejscami 36km/h. Nawet miejscami 38 km/h liczniki pokazywały. Niektórzy niewytrzymali tempa i nawet nie wiadomo kiedy odpadali. I tak z 16 osób do Jastrzębia wróciło 9. A w tym ja! Ścigając się pod górkę z Tomkiem i Patrykiem nasze liczniki pokazały 26km/h. WOW co za wynik! W półtora godziny wróciliśmy z Brennej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *